Ratujta się, ludzie!!! Misza Ruski Scyzoryk idzie!!!!! Będzie rzeźnia, że olabooooooga!!!!!!!![1]
Tak jak na początku miałam wielkie szczęście przy wyborze kolejnych debiutów promowanych przez Wydawnictwo Novae Res, tak ostatnio fart ten przestał mi sprzyjać.
Zniesmaczona prawdziwą historią Pana Tadeusza [klik], w Ruskim scyzoryku liczyłam na pozytywny odbiór.
Zachęcił mnie tytuł, opis, a nade wszystko – wyrazista okładka nawiązująca do munchowskiego Krzyku.
Autor, Michał Dziduch, jeśli wierzyć opisowi, chciał stworzyć książkę, w której Hitchcock połączy się z Pratchettem, a Bukowski z Pythonem. Z tego wszystkiego, gdyby bardzo się wysilić, można by odnaleźć szczątki humoru ostatniego z wymienionych. Czarny humor i owszem, jest tutaj obecny, jednak jak dla mnie – dość niesmaczny i przekoloryzowany.
W tej opowieści przeplatają się losy dwóch postaci – Miszy oraz Małgosi, które pod koniec na skutek zbiegu okoliczności połączą się.
Misza Kałasznikow, to bohater znany pod pseudonimem Ruski Scyzoryk. Chciałby uchodzić, a po prawdzie w swoim mniemaniu uchodzi, za zimnokrwistego mordercę, wyrachowanego i perfekcyjnego. Gdy dostaje zlecenie na pewnego rolnika, okazuje się, że jego umiejętności w zakresie płatnego mordowania są grubo przesadzone. Mężczyznę zaczynają nękać dziwne sny, przy których odczytaniu ma mu pomóc jasnowidz Kastracjusz, a później także i wróżka Kapsztylia. Jakby tego było mało bohater musi szukać znaków, a wszystko kończy się w jego wyobrażeniu opętaniem. Misza ma także jeszcze jedną cechę – współżyje ze wszystkim co się rusza czy to człowiek, czy zwierzę. Byle cel był szczytny.
Małgosia Tarnowska z kolei, to dziewczyna posiadająca chłopaka, jednak w drodze do niego co rusz wpadająca w ramiona innych. Jej seksualne podboje i dokonania możemy śledzić dzięki groteskowym opisom.
Niestety, w książce tej groteska zbyt silnie przeplata się z makabrycznym humorem i wulgaryzmami.
Mimo, że humor owszem – jest – to w którymś momencie autor uległ przesadzie. Do tego stopnia, że wielokrotnie chciałam książkę rzucić w kąt, by nigdy już do niej nie wracać. Nauka jaką wyciągnęłam, ta co zwykle – nie ufać okładkom i zwodniczym opisom.
Dla osób gustujących w sarkazmie tego typu oraz w wielokrotnie opisywanych scenach miłosnych – książka jak najbardziej się sprawdzi i obroni. Ja jednak, w tego typu opowieściach nie gustuję, na skutek czego szybko się znudziłam.
Jednakowoż nie odradzam, bo jak wiadomo – są gusta i guściki, więc może dla kogoś Ruski scyzoryk okaże się wielkim odkryciem i dobrą zabawą? Cena i długość zdecydowanie przemawiają za.
Pozostawiam to do własnej refleksji i sprawdzenia.
3/6
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Novae Res
[1] Michał Dziduch, Ruski scyzoryk, czyli taka rzeźnia, że olaboga, Wydawnictwo Novae Res, Gdynia 2010, s.15.