Abbi Glines lubię poczytać dla odpoczynku. Jej książki
cechuje nieopisana lekkość, stanowią tak doskonałą lekturę na smutniejsze i
trudniejsze dni, że chyba każdy powinien mieć w domu ich spory zapas.
Poprzedni tom opowiadający o losach Harlow i Granta przyniósł mi wielkie rozczarowanie. Odczytałam go jako ramotkę, w której autorka przeżyła widoczny spadek formy. Ku mojej uciesze jednak, wraz z Daj nam ostatnią szansę wróciła Glines jaką znam i jaką polubiłam.
Grant bardzo szybko uświadamia sobie, że odrzucając Harlow ze względu na jej chorobę, popełnił niewybaczalny błąd.
Bojąc się ją utracić, właśnie do tego doprowadził. Bohaterka bowiem całkowicie
zamyka się w sobie. Nie mówi ukochanemu o ciąży i zupełnie się od niego odcina,
przenosząc do rodziny i nikomu nie zdradzając miejsca swojego pobytu. Trwa to
całe miesiące, podczas których Grant odchodzi od zmysłów, a bliscy Harlow
namawiają ją do aborcji, mającej pozwolić jej choremu sercu na przeżycie. Boją
się, że decydując się na urodzenie dziecka dziewczyna sama siebie pozbawi
życia.
Glines po raz kolejny stworzyła historię, w której emocje
biorą górę. Nie sposób nie kibicować Grantowi, którego w poprzednich tomach
zdążyło się znielubić za jego strach przed wszystkim, skądinąd uzasadniony.
Cieszę się z tego, jak rozwinęła się ta opowieść, którą – co
tu kryć – czytało mi się naprawdę przyjemnie. Dobry relaks, niezobowiązujący, do
posłania dalej.
Abbi Glines, blog, blog o książkach, Daj nam ostatnią szansę, Harlow i Grant, książka, książka o miłości, opinia, recenzja, Wydawnictwo Pascal